3 teamy, dużo śmiechu i szare komórki rozgrzane do czerwoności – w piątek byliśmy w Escape Roomie, czyli miejscu z którego trzeba wyjść. Łatwo nie było. Krótka prezentacja zasad wzbudziła więcej pytań niż dała odpowiedzi, potem pojawiły się kajdanki, krótkofalówki, latarki i inne budzące niepokój rekwizyty. Z perspektywy czasu możemy powiedzieć, że najfajniejsze było to, że nikt tam jeszcze nie był i nie wiedzieliśmy o co chodzi. Wiedzieliśmy tylko, że trzeba szukać niestandardowych rozwiązań i współpracować w teamie – to właściwie jak w pracy J.

escape if you can

escape if you can

Nie zdradzając szczegółów gry, aby nikomu nie zepsuć zabawy, powiemy tylko, że każdy z nas szukał rozwiązań w inny sposób, każdy ma inne doświadczenia i wiedzę, każdy zajmował inne miejsce w teamie i inaczej reagowaliśmy na presję czasu i stres. A stres był, ponieważ duży zegar nieubłaganie odliczał czas, a okrzyki radości dochodzące z sąsiednich pokoi mogły wskazywać, że inne teamy mogą zaraz nas wyprzedzić.

Z zabawnych sytuacji trzeba powiedzieć, że próbowaliśmy zresetować komputer, który naszym zdaniem nie wyświetlał obrazu poprawnie i przez to niemal straciliśmy szansę na wyjście. Wiadomo, informatycy.

Po całej zabawie był tradycyjny Browar Miejski w którym dobre jedzenie i wyśmienite piwo poszerzyły spektrum pomysłów na rozwiązanie jeszcze nieodgadnionych zagadek ciągle zamkniętych escape roomów.

A więc musimy tam wrócić. Przegrupować siły i spróbować innych rozwiązań. Nie ma dla nas rzeczy niemożliwych, czasami tylko zabierają więcej czasu niż byśmy chcieli J.

0